1.
Trzy wrony wzbiły się do lotu. Odważnie przeszywały skrzydłami powietrze, nawołując słońce do powstania. I gdy one wznosiły się ku niebu, ja osuwałam się w mrok. Spadałam, obserwując uciekające spomiędzy mych palców życie. Każdym płytkim oddechem starałam się utrzymać je w moich piersiach.
Dolina Końca stała się epilogiem mojej opowieści.
Szum wodospadu zagłuszał bicie mojego serca. Krople wody mieszały się z moimi łzami. Dwie oddalające się, wykute w kamieniu postacie oglądały mój koniec. Majestatyczne yin i yang, Madara Uchiha i Hashirama Senju sprawowali pieczę nad moimi ostatnimi chwilami.
Pogodzona ze śmiercią, ostatkami sił rozłożyłam trzymane do tej pory przy klatce piersiowej ręce. Szybowałam, niczym piękny ptak. Połączona z naturą, zamknęłam oczy przy pierwszych rozbłyskach porannego słońca. Uśmiech ozdobił wypływającą z moich ust, cienką strużkę krwi.
Byłam blisko.
Byłam wolna.
Niewidzialna, odległa ręka Boga ochroniła mnie przed upadkiem. Moje życie dobiegło końca.
***
Muskana przez wiatr, pełna spokoju, uchyliłam powieki. Widziałam jedynie błękitne niebo, śnieżnobiałe chmury umykały przed moim wzrokiem. Podróż w zaświaty. Oddech wydawał się przepełniać moje płuca. Serce zdawało się bić. Jednak to wszystko pozostawiłam za sobą.
Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w ciemności.
***
- Myślałem, że umarła.
- Jak to możliwe, że nie roztrzaskała się o kamienie?
- Złapałem ją tuż przed tym.
Obce głosy wtargnęły do mojej głowy. Zdawały się biegać po niej, krążyć, obijać o czaszkę.
- Sam jej oddech, to w obecnej sytuacji cud.
To nie było możliwe.
***
Czyjeś dłonie dotykały mojej szyi. Czyjeś palce spoczęły na moim czole. Będąc nieżywą, poczułam ból rozrywający moje ciało. Rozwarłam szeroko oczy, widząc jedynie ciemność. Zaczęłam krzyczeć. Cierpienie nie ustawało. Po chwili przestałam cokolwiek słyszeć.
***
Pragnęłam światła.
Zawieszona pomiędzy życiem, a śmiercią, tonęłam w ciemności.
***
Przebudzenie przyszło gwałtownie.
Obudziła się we mnie świadomość. Zaczerpnęłam powietrza.
Nie umarłam.
Gorące łzy spłynęły po moich policzkach.
Nie umarłam.
Mój szloch rozdarł ciszę. Naprawdę żyłam. Czułam. Przyłożyłam drżącą rękę do serca. Słysząc jego uderzenia, z mojej krtani wydobył się nieoczekiwany okrzyk zduszony łkaniem.
Przez łzy ujrzałam światło płonącej nieopodal świecy. Otulona własnymi ramionami, płakałam długo i donośnie. Radość okryła całe moje ciało, niczym sen.
Obudziłam się w mroku. Płomień świecy dawno już zgasł, pozostawiając po sobie chłód.
- Byakugan - szepnęłam słabo. Głos wydawał się obcy.
. Ostrożnie, wspierając się dłońmi, wstałam z łóżka, dotykając bosymi stopami zimnej posadzki. Moje ubrania zniknęły. Miałam na sobie prostą, białą suknię.
Bogato zdobiona komnata mieściła w sobie jedynie jeden mebel. Niegdyś zapewne soczyście czerwony baldachim łóżka, przybrał teraz kolor brudnego bordu. Podłogę pokrywał kurz.
Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku pozłacanych drzwi. Od dotyku chłodnej klamki, moje ciało przebiegły dreszcze.
Stojąc w progu, zmrużyłam oczy, chroniąc je przed promykami pochodni, tańczącymi ponuro na ścianach. Stałam na ozdobionej pięknymi kolumnami, wysokiej antresoli okalającej ogromne pomieszczenie.
Zawrót głowy zwalił mnie z nóg. Upadając na podłogę, asekurowałam się dłońmi.
Wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Jak najszybciej musiałam wydostać się z tego miejsca.
Czyniąc duży wysiłek, podniosłam się na kolana. Ból przeszył moją głowę. Podpierając się rękoma, udało mi się wstać i szybko, by ponownie nie upaść, złapać się najbliższego filara. Opierając policzek o zimny marmur, obserwowałam zdobione sufity, próbując złapać oddech.
Odgarnęłam z twarzy igrające na niej, białe włosy i zatykając je za uszy, ruszyłam przed siebie. Bezszelestnie zmierzałam w kierunku schodów.
Ogromne i piękne, powitały mnie wieloma, szerokimi stopniami. Oparta o balustradę, zatrzymałam się na ich szczycie.
U podnóża schodów, stały ustawione w kręgu kanapa, oraz kilka foteli. W każdym z nich zasiadała jakaś postać. W odwróconych do mnie plecami fotelach, mogłam zobaczyć jedynie czubki głów, natomiast dokładnie widziałam dwie sylwetki zajmujące kanapę. Był to mężczyzna i kobieta.
Tym, co zwróciło moją uwagę, były jego oczy. Tak, to niewątpliwie był Rinnegan. Mimo dzielącej nas odległości, byłam o tym przekonana.
Właśnie te oczy, chodź nie zwrócone w moją stronę, pchnęły mnie do przejścia pierwszego stopnia. Niezauważona, niczym cień, sunęłam w stronę tajemniczych ludzi. Słyszałam głosy, lecz nie dochodził do mnie ich sens. Stopień po stopniu, moje nogi drżały mocniej, oddech stawał się głośniejszy. Moje ciało było słabe. Prąc przed siebie, obserwowałam rudowłosego mężczyznę. Z głową opartą na dłoni, wyglądał na znużonego.
Jego oczy zwróciły się w moim kierunku. Wbił swe przeszywające spojrzenie prosto we mnie. Nie odwracając wzroku, zbliżałam się do ostatnich stopni. Posiadacz Rinnegana powstał, tym samym zwracając na mnie uwagę reszty zgromadzonych, którzy natychmiast podnieśli się z miejsc. Mężczyzna ruszył w moim kierunku.
Fluorescencyjne mroczki przed oczami, przesłoniły mój widok. Wszystko stawało się ciemniejsze. Straciłam poczucie cielesności. Mdlałam. Tuż przed osunięciem się w mrok, poczułam na ramieniu zimną dłoń.
Bogato zdobiona komnata mieściła w sobie jedynie jeden mebel. Niegdyś zapewne soczyście czerwony baldachim łóżka, przybrał teraz kolor brudnego bordu. Podłogę pokrywał kurz.
Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku pozłacanych drzwi. Od dotyku chłodnej klamki, moje ciało przebiegły dreszcze.
Stojąc w progu, zmrużyłam oczy, chroniąc je przed promykami pochodni, tańczącymi ponuro na ścianach. Stałam na ozdobionej pięknymi kolumnami, wysokiej antresoli okalającej ogromne pomieszczenie.
Zawrót głowy zwalił mnie z nóg. Upadając na podłogę, asekurowałam się dłońmi.
Wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Jak najszybciej musiałam wydostać się z tego miejsca.
Czyniąc duży wysiłek, podniosłam się na kolana. Ból przeszył moją głowę. Podpierając się rękoma, udało mi się wstać i szybko, by ponownie nie upaść, złapać się najbliższego filara. Opierając policzek o zimny marmur, obserwowałam zdobione sufity, próbując złapać oddech.
Odgarnęłam z twarzy igrające na niej, białe włosy i zatykając je za uszy, ruszyłam przed siebie. Bezszelestnie zmierzałam w kierunku schodów.
Ogromne i piękne, powitały mnie wieloma, szerokimi stopniami. Oparta o balustradę, zatrzymałam się na ich szczycie.
U podnóża schodów, stały ustawione w kręgu kanapa, oraz kilka foteli. W każdym z nich zasiadała jakaś postać. W odwróconych do mnie plecami fotelach, mogłam zobaczyć jedynie czubki głów, natomiast dokładnie widziałam dwie sylwetki zajmujące kanapę. Był to mężczyzna i kobieta.
Tym, co zwróciło moją uwagę, były jego oczy. Tak, to niewątpliwie był Rinnegan. Mimo dzielącej nas odległości, byłam o tym przekonana.
Właśnie te oczy, chodź nie zwrócone w moją stronę, pchnęły mnie do przejścia pierwszego stopnia. Niezauważona, niczym cień, sunęłam w stronę tajemniczych ludzi. Słyszałam głosy, lecz nie dochodził do mnie ich sens. Stopień po stopniu, moje nogi drżały mocniej, oddech stawał się głośniejszy. Moje ciało było słabe. Prąc przed siebie, obserwowałam rudowłosego mężczyznę. Z głową opartą na dłoni, wyglądał na znużonego.
Jego oczy zwróciły się w moim kierunku. Wbił swe przeszywające spojrzenie prosto we mnie. Nie odwracając wzroku, zbliżałam się do ostatnich stopni. Posiadacz Rinnegana powstał, tym samym zwracając na mnie uwagę reszty zgromadzonych, którzy natychmiast podnieśli się z miejsc. Mężczyzna ruszył w moim kierunku.
Fluorescencyjne mroczki przed oczami, przesłoniły mój widok. Wszystko stawało się ciemniejsze. Straciłam poczucie cielesności. Mdlałam. Tuż przed osunięciem się w mrok, poczułam na ramieniu zimną dłoń.
***
Ohayo,
oto pierwszy rozdział zamieszczony na tym blogu.
Jako, że gra on rolę wprowadzenia, na pewno
będzie krótszy niż pozostałe wpisy.
Mam nadzieję, że Wam wszystkim przypadł do gustu
i zostaniecie ze mną na dłużej.
Proszę o Wasze opinie i komentarze.
Dziękuję wszystkim za przeczytanie.
19.08.2016r.